Piraci nie z karaibów

Piraci wydają się odległą kwestią, mogą się kojarzyć z Karaibami, dzieciństwem bądź, szczególnie ostatnimi czasy, z Somalią. A jednak „nieoczekiwanie” okazuje się, że w naszej ukochanej Polsce istnieje i ma się dobrze znaczące światowe centrum piractwa. Co więcej, prawdopodobnie pod twoim dachem żyje co najmniej jeden pirat okradający bogatych, by spełnić swe wyszukane zachcianki.

2091079658 7d9a025fd4 o

Jak się na pewno domyślacie na myśli mam nie piratów łupiących statki, grabiących nadmorskie miejscowości czy uciekających przed dzielnymi Brytyjczykami w czerwonych kubrakach. Chodzi mi o piratów komputerowych. Na temat tej formy „działalności przestępczej” powstało już wiele bardziej lub mniej obszernych artykułów i opracowań. Zarówno wielu specjalistów, jak i laików wypowiedziało się już w tym obszarze, postanowiłem wiec dorzucić coś od siebie do rozważań dotyczących tej kwestii.

Rozpocznijmy trochę naukowo. Według najnowszych badań statystycznych Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce najbardziej pirackich krajów, osiągając ogólny udział w światowym piractwie na poziomie 2.75 procent. Wynik ten plasuje nas na 9 pozycji. A skąd bierze się tak wysoki udział w pirackim podziemiu? Patrząc na inne dane, możemy to po części zrozumieć. W naszym kraju, jako graczy sklasyfikowanych zostało około 12 milionów osób, z czego tylko/aż 53 procent płaciło z gry.

Właśnie – „tylko” czy „aż”? Ja bym był skłonny powiedzieć „aż”. Czemu? Biorąc pod uwagę średnią cenę gier w naszym kraju utrzymującą się na poziomie 150 zł i porównując ją do średniej krajowej pensji, czyli około 3000 zł, można by powiedzieć, że na jedną grę miesięcznie stać każdą pracującą osobę. Jednak nie jest to takie oczywiste. Po pierwsze z pracy jednej osoby zwykle utrzymują się dwie, cześć graczy jeszcze nie osiągnęło wieku produkcyjnego, a ci którzy osiągnęli, na początek zwykle dostają 1600 zł. Za kwotę taką trudno zaspokoić podstawowe potrzeby, nie mówiąc tu o kupowaniu gier, które teoretycznie są zbytkiem lub „dobrem luksusowym”. Trudno więc się dziwić takiemu wynikowi. Kolejnym argumentem świadczącym za „aż” jest fakt naszego narodowego braku szacunku do własności intelektualnej, wynikającego według mnie z przyzwyczajenia społeczeństwa do zdobywania pewnych treści tylko w sposób nielegalny. Muzykę kiedyś ściągaliśmy z eMula czy innego p2p, dziś oglądamy nielegalne teledyski na Youtube’ie. Filmy zdobywaliśmy od znajomych (którzy prawdopodobnie też mieli je z p2p, lecz posiadali lepsze łącze), wybierając się na „wycieczki z dyskiem”, a gry kupowaliśmy na Stadionie Dziesięciolecia lub innym targowisku. Dziś jest tak samo – produkcje oglądane na wielkim białym ekranie pobieramy z torrentów. Rzeczą, którą również należy brać pod uwagę, jest fakt ciągłego wzrostu liczby gier opartych o platformę f2p dającą zwykle nieograniczone możliwości bezpłatnej zabawy. Gry, za które trzeba płacić, ogólnie rzecz biorąc, są za drogie na kieszeń typowego Polaka, wiec powinniśmy się cieszyć z tego, iż ponad połowa rodzimych graczy odejmuje sobie od ust, aby „dorzucić się” producentom gier.

P1340785

Ostatnio spotkałem się z ciekawą odpowiedzią na pytanie: czemu kupujesz gry, skoro możesz mieć je za darmo? Mianowicie kolega mojego znajomego stwierdził, iż płaci za każdy tytuł, w który gra w nadziei, że autorzy stworzą kolejną część danej produkcji, która będzie dodatkowo lepsza od pierwowzoru. Cóż trochę racji ma – nie mielibyśmy dziś wielu wspaniałych sequeli (StarCraft 2, Battlefield Bad Company 2, Diablo 2 czy Command&Conquer: Red Alert 2), gdyby nie dobra sprzedaż ich pierwszych części. Z drugiej jednak strony mechanizm ten nie do końca działa w ten sposób. Jako przykładu użyję Diablo 3, które pomimo rekordowej sprzedaży 2 części, było według mnie kichą, którą dodatkowo nierozsądnie zakupiłem, pograłem tydzień i odstawiłem na półkę, na której zakurzone stoi do dziś. Podobnie wygląda sytuacja z serią Call of Duty, w której oprócz odświeżonej grafiki ciężko zauważyć jakieś ulepszenia w gameplayu. Za każdym razem grając w nową odsłonę CoD, mam wrażenie, że kolejny raz przechodzę pierwszą część.

Poza przyzwyczajeniami i pieniędzmi istnieje jeszcze jeden, w moim mniemaniu, powód piractwa w Polsce, czyli odpowiedzialność karna, a właściwie jej brak. Co prawda, od czasu do czasu słychać w mediach, że ktoś tam dostał grzywnę czy poszedł siedzieć, lecz zwykle są to sprawy odosobnione, kiedy to przypadkowo funkcjonariusze policji natknęli się na komputer z nielegalnym oprogramowaniem przy okazji przeszukania związanego z zupełnie inną sprawą. Dzieje się tak prawdopodobnie z uwagi na ogrom zjawiska piractwa w naszym kraju. Organy ścigania najpewniej nie posiadają ani zasobów ludzkich, ani pieniężnych, potrzebnych do realnego egzekwowania prawa o ochronie własności intelektualnej. Ponadto, jak wszyscy wiemy, polski system sądownictwa też nie ma lekko – co roku zasypywany jest poważniejszymi od ściągania plików sprawami, z którymi i tak się nie wyrabia. Warto dodać, że na miejsce w więzieniu też trzeba poczekać. Dodatkowo należy stwierdzić, że prawo o ochronie wartości intelektualnej jest, tak jak wiele innych Polskich praw, wielce nieścisłe i dość otwarte na interpretacje, a samo posiadanie nielegalnych treści typu filmy, muzyka czy książki jest całkowicie dozwolone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

445 More posts in felietony category
Recommended for you
Subskrypcja VOD
Subskrypcja VOD ma także wady, o których często zapominamy

Ostatnie kilka lat pokazuje, jak łatwo zachłysnąć się czymś nowym i pozornie wygodnym, by nagle...