Detektyw Pikatchu – film dla fanów i film dla wszystkich

Są takie filmy, które od początku po prostu chce się obejrzeć. Bez jakiegoś specjalnego powodu – ot zainteresowała nas tematyka i postanowiliśmy udać się do kina. Dla mnie takim filmem był Detektyw Pikatchu, choć nigdy specjalnym fanem Pokemonów nie byłem. Znałem historię i potrafię nawet wymienić kilka gatunków, ale daleko mi do znawcy. Czy to oznacza, że na filmie źle się bawiłem? Nie, ale…

Detektyw Pikatchu

No właśnie, zawsze są jakieś „ale”. W przypadku tej produkcji będzie ich kilka, jednak nimi zajmę się na samym końcu, bo wiadomo, że najlepiej zaczyna się od plusów. Tak też będzie w przypadku tej mini recenzji, a raczej opinii, gdyż zapewne fani Pokemonów o samej produkcji rodem z Hollywood, mogą mieć zupełnie inne zdanie, niż niżej podpisany. Ja na film wybrałem się z kilku powodów. Po pierwsze, chciałem sprawdzić czy da się jednak zrobić adaptacje gry w taki sposób, żeby nie kuła w oczy, a po drugie, interesował mnie świat przedstawiony. I w obu przypadkach się nie zawiodłem.

Detektyw Pikatchu

W kinach było już dostatecznie dużo złych produkcji, które bazowały na świetnych pomysłach. Do tej pory nie potrafię zapomnieć o tym, co Hollywood zrobiło z Dragon Ball i jestem zły, że zaprzepaszczono tak świetny pomysł na film. Wtedy dostałem spłyconą historię, które ledwo musnęła to, co widziałem w anime czy na kartach komiksu. Ghost in the Shell też chciałbym zapomnieć, więc wybierając się na Detektyw Pikatchu pozbyłem się jakichkolwiek złudzeń. Liczyłem na to, że nie dostanę czegoś tragicznie złego, co sprawi, że będę żałował wydanych na bilet pieniędzy i straconego czasu. Na szczęście tym razem nie miałem czego żałować.

Brak wymagać odnośnie tego, co miało pojawić się na ekranie, znacznie umiliło mi wizytę w kinie. Nie miałem oczekiwań, więc zawód mógł być zdecydowanie mniejszy. Jak wspomniałem wcześniej, nie jestem zagorzałym fanem serii, a w gry grałem tak dawno temu, że niewiele z nich pamiętam. Obawiałem się jednak tego, że Detektyw Pikatchu będzie produkcją, która może wymagać od widza szczegółowej wiedzy odnośnie Pokemonów. Przecież pierwsza ich generacja liczyła aż 151 osobników, więc dobrze byłoby znać choć kilku z nich. Twórcy mogli rzucić widza na głęboką wodę i nie przejmować się tym, czy ma on jakąkolwiek wiedzę o świecie przedstawionym. Zrobiono to jednak z wyczuciem i podczas całego seansu nie odczułem, że reżyser czy scenarzysta robi ze mnie idiotę tłumacząc, czemu coś wygląda tak, a nie inaczej.

Fabuła filmu

Widz, czyli w tym wypadku ktoś, kto co nieco wie o Pokemonach, czuje się od początku seansu… dobrze. Twórcy nie zdecydowali się na zarzucanie nas nazwami postaci, ich genezą czy wykładami o tym, jak doszło do koegzystencji ludzi i Pokemonów. Każda informacja, która pojawia się w filmie, jest dobrze uargumentowana. Sama ekspozycja także nie sprawiła, że ktoś mógłby poczuć się zagubiony czy nawet przytłoczony. Detektyw Pikatchu w tej kwestii poradził sobie znakomicie, bo nie odnosi się wrażenia, że wszystko jest tutaj sztuczne. Pokemony żyją wśród ludzi i doskonale sobie z tym radzą. Wprawdzie czasem widz zostaje z kilkoma pytaniami odnośnie tej koegzystencji, ale to coś, co trudno opisać bez zdradzania fabuły filmu.

Ta niestety nie jest zbyt skomplikowana, ale należy pamiętać, że produkcja skierowana jest mimo wszystko do młodszego odbiorcy. Starszy widz, który wychował się na grach, serialach i komiksach, znajdzie w produkcji bardzo dużo nawiązań i „mrugnięć okiem”, ale finalnie tytuł stworzony został głównie dla dzieci. Prostota fabularna doskonale to pokazuje, bo historia prowadzona jest jak po sznurku i trudno oczekiwać jakichkolwiek zwrotów akcji. Nie należy tego rozpatrywać jednak jako wielkiej wady. Detektyw Pikatchu to po prostu ten rodzaj filmu, który ogląda się tylko raz. Mamy tutaj młodego chłopaka, który stara się rozwiązać tajemnicę zniknięcia jego ojca. Ot, zwykła przygodówka, jakich w kinie i telewizji było już wiele.

Warstwa wizualna

Największe wrażeni zrobił na mnie Pikatchu. Mając w pamięci to, jak wyglądał Sonic na pierwszym zwiastunie filmu, żółty Pokemon może mówić o wielkim szczęściu. Tutaj twórcy stanęli na wysokości zadania, bo stworzyli postaci Pokemonów niemal jeden do jednego z tym, jak wyglądały one w grze czy serialu. Niektóre z nich może są zbyt „komputerowe” w porównaniu z innymi, ale nie jest to wielki zarzut. Szczególnie jedna z postaci kuje w oczy swoim wyglądem, bo obserwując przez większość czasu Pikatchu, widz przyzwyczaja się do świetnego i naturalnego designu.

Sceny akcji może nie wgniatają w fotel, ale potrafią podnieść ciśnienie. Szczególnie jedna z nich, która dzieje się na arenie. W filmie bowiem nie doświadczymy tego, co jest charakterystyczne dla serii. Ani trenerzy Pokemonów, ani walki nie są tutaj najważniejsze. To istniej gdzieś w świecie przedstawionym, ale zostało zmarginalizowane w produkcji. Nowy widz poczuje się tutaj jak ryba w wodzie, a i fan nie powinien zbytnio narzekać. Podsumowując Detektyw Pikatchu to całkiem przyjemne kino familijne, które szybko zniknie z naszej pamięci. To też adaptacja gry, która nie boli, a to już wielki sukces. Warto obejrzeć, choć polecam wersję z napisami, a nie z dubbingiem.

Gry i konsole znajdziecie w naszym sklepie internetowym, wchodząc pod ten adres.

Źródło: IMDB / YouTube / Opracowanie własne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

375 More posts in felietony category
Recommended for you
Nadgryzione jabłko
„Nadgryzione jabłko„ — książka zafundowała mi niezły mindfuck

Książka „Nadgryzione jabłko. Steve Jobs i Ja. Wspomnienia”, autorstwa Chrisann Brennan doczekała się polskiej lokalizacji. Za...