Dwie minuty do zagłady – czy ludzkość się opamięta?

Technika poszła do przodu tak, że czasem trudno za nią nadążyć. Tymczasem niektóre rzeczy pozostają w tej samej formie, co przed kilkudziesięciu laty. Dalej bowiem jesteśmy dwie minuty od zagłady, bo Doomsday Clock dalej działa. Działa i wskazuje, że koniec ludzkości jest bliżej, niż moglibyśmy podejrzewać.

Dwie minuty do zagłady

Technologia powinna służyć człowiekowi i zazwyczaj tak się właśnie dzieje. Kolej parowa sprawiła, że ogromne odległości pokonywało się znacznie szybciej. Samochody tylko to polepszyły. Komputery sprawiły, że nasze życie stało się o wiele łatwiejsze, a smartfony dały nam wolność w dostępie do informacji. Jednak każda z tych rzeczy ma także swoje złe strony. To jednak nie one sprawiły, że jesteśmy znów w tym samym miejscu, co przed ponad pięćdziesięciu laty. I niestety, ale nic nie zapowiada poprawy.

Dwie minuty do zagłady

Doomsday Clock to zegar, który fizycznie nie istnieje. Owszem, można znaleźć jego ucieleśnienie w przeróżnych sklepach, ale z założenia miało to być metaforyczne pokazanie miejsca, gdzie aktualnie znajduje się ludzkość. Teraz Doomsday Clock znajdował się będzie w siedzibie magazynu Bulletin, gdzie każdy będzie mógł go obejrzeć. To jednak małe pocieszenie, bo biedy wybije północ, będziemy już gatunkiem martwym. Co więcej, wszystko to stanie się z naszej winy. Najgorsze jest to, że w przeciągu ostatnich dziesięcioleci ludzkość nie poczyniła zbytnich postępów w tym, żeby cokolwiek w tej sytuacji zrobić. Dalej okazuje się, że jesteśmy dwie minuty od zagłady.

Sam pomysł zegara zagłady pojawił się jeszcze w 1947 roku, kiedy potrzebowano pomysłu na okładkę magazynu Bulletin. Za projekt zdobiący okładkę odpowiadała Martyl Langsdorf, która w życiu prywatnym była żoną fizyka Alexsandra Langsdorfa. Dla ścisłości, fizyka który brał czynny udział przy projekcie Manhattan. W czasie kiedy powstawał sam projekt w Stanach Zjednoczonych żywo dyskutowano o tym, czy przyszłość maluje się w różowych barwach. W Japonii wybuchły dwie bomby atomowe, a Związek Radziecki także miał takowe posiadać. Dwa supermocarstwa stały na skraju globalnego konfliktu, który mógł skończyć się atomową zagładą. Wtedy wskazówki pokazywały, że do północy brakuje 7 minut.

Jest aż tak źle?

Zegar po raz pierwszy ruszył się w 1949 roku, kiedy w Rosji odbyły się pierwsze testy bomby atomowej. Nagle zrobiły się raptem 3 minuty do północy, choć dla szarego obywatela nie zmieniło się praktycznie nic. Dalej musiał chodzić do pracy, zarabiać i zajmować się sobą oraz najbliższymi. Jednak wtedy dało się wyczuć rosnącą atmosferę strachu. W Stanach Zjednoczonych zaczęły nawet powstawać bunkry, które miały uchronić mieszkańców przed atomowym grzybem. Przez lata sytuacja niewiele się zmieniała.

Najlepszy „czas” dla ludzkości był na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy zegar cofnięto aż do 17 minut przed północą. Skończyła się „zimna wojna” i zdawało się, że ludzkość może wyjść „na prostą”. Dlaczego więc teraz, znów jesteśmy dwie minuty od zagłady? Powodów jest kilka, a dobrze ujęto je w raporcie przygotowanym przez Bulletin. Wprawdzie zagłada atomowa wydaje się być mniejszym zagrożeniem, niż kiedyś, to wrażenie jest jednak mylne. Dalej da się wyczuć napięcie między państwami, choć niekoniecznie już Rosją, a Stanami Zjednoczonymi. Teraz przeniosło się ono na Koreę Północną. Ostatnie zachowanie prezydenta USA pokazuje także, że możemy być bardzo blisko tego, żeby nad naszymi głowami zaczęły latać rakiety uzbrojone w ładunki nuklearne. Pewne jest to, że są one znacznie mocniejsze niż te, które zniszczyły japońskie miasta.

Co jeszcze nam zagraża?

Wraz z biegiem lat, zmieniły się także zagrożenia. O ile konflikt nuklearny dalej jest oczywiście możliwy, to pojawił się kolejny problem. Chodzi o nasz klimat, który z roku na rok coraz bardziej się pogarsza. Tak, jakby sama planeta chciała nas wykurzyć ze swojej powierzchni. I tak naprawdę trudno jej się dziwić, bo zdaje się, że robimy wszystko, by zniszczyć Ziemię. Smog stał się realnym zagrożeniem, które zabija coraz więcej ludzi. Coraz mniej mamy przestrzeni, które nie są skażone i coraz trudniej znaleźć wyjście z tej sytuacji.

Internet w tym wszystkim nie pomaga, bo według Bulletin, stał się miejscem dezinformacji. Czymś, co powinno nam pomagać, a stało się dokładnie na odwrót. Trudno nie przyznać im tutaj racji, a już szczególnie obserwując niektóre komentarze na popularnych portalach społecznościowych. Sam Doomsday Clock dalej pozostaje oczywiście metaforą, która nie zmienia tego, co dzieje się w naszych życiach. Dalej możemy nic nie robić i czekać, aż wskazówki przesunął się o kolejne pole. Jeżeli tak faktycznie się stanie, nasza planeta niedługo pozostanie tylko wspomnieniem. Obecnie jesteśmy dwie minuty od zagłady, a ostatni raz taki wynik pojawił się w 1953 roku. Chyba więc nie mamy powodów do dumy. Pytanie tylko, czy jesteśmy coś z tym w stanie zrobić czy może jest już po prostu za późno?

Świat bez Internetu pogrążyłby się w chaosie

Nowe smartfony, które pozwolą wam na przeglądanie najnowszych informacji ze świata, znajdziecie w naszym sklepie internetowym, wchodząc pod ten adres.

Źródło: Bulletin / The Verge / Opracowanie własne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

445 More posts in felietony category
Recommended for you
Subskrypcja VOD
Subskrypcja VOD ma także wady, o których często zapominamy

Ostatnie kilka lat pokazuje, jak łatwo zachłysnąć się czymś nowym i pozornie wygodnym, by nagle...